Już dawno planowałam zmienić formę przedstawiania mojego portfolio na taką, która pokaże Wam, jak pracuję i jak tworzę Historie. Jak tworzę piękną całość, a nie tylko pojedyncze fotografie. Przekonała mnie Sara, o której napiszę w kolejnych tekstach, ale teraz do rzeczy. Czyli jak to się stało, że dla tej kruszynki przejechałam całą Polskę?
Z Sylwią i Mateuszem nie spotykam się pierwszy raz. Poznaliśmy się po narodzinach ich pierwszego synka, Kubusia. Stworzyłam wtedy dla nich galerię pełną kadrów niesamowicie ważnych, bo z pierwszych dni po jego narodzinach. A tym bardziej istotnych, że pierwsze dni po narodzinach, nie były dla Kubusia najprostsze.
W tym roku okazało się, że rodzinka spodziewa się kolejnego dziecka, dziewczynki i Sylwia zgłosiła się do mnie z prośbą o uwiecznienie na fotografiach ich pierwszych chwil razem w szpitalu. Byłam wtedy w ciąży i wiedziałam, że będę około 4 tygodnie po porodzie mojego Synka, ale nie mogłam im odmówić. Nie spodziewałam się też, że będę miała w tym czasie jakiekolwiek plany. Ale…
Ale stało się inaczej. Mieliśmy z mężem okazję wyjechać z synkiem na pierwsze wspólne wakacje ze wsparciem dziadków. Kto by odmówił? Długo nie zastanawialiśmy się tym bardziej, że celem wyjazdu było nasze ukochane, polskie morze. Byłam więc z Sylwią w stałym kontakcie, ale nic nie przepowiadało porodu. Do czasu, kiedy to w środę o 4:44 dostałam wiadomość od Mateusza: „Cześć, przyjechaliśmy do szpitala. Czekam co dalej.”. Odwrotu nie było. Dwa dni później byłam już w Opolu na Oddziale i poznałam tę kruszynkę.
Od porodu mojego własnego dziecka nie minęło długo, bo dwa miesiące i kilka dni, ale muszę przyznać, że zapomniałam, jak maleńkie są dzieci w pierwszych dobach życia. Kruche, niewinne, potrzebujące bliskości bardziej, niż kiedykolwiek.
To była moja pierwsza sesja „Wczesne 48h” po ciąży. Czy coś się zmieniło? Oj wiele… Tak bardzo rozumiem już cud i radość z narodzin, zmęczenie po porodzie, ekscytację z poznawania małego człowieka. I tak bardzo dobrze wiem, że są to chwile tylko dla rodziny. Mała Maja była bardzo spokojna, płakała tylko chwilkę. Zdecydowaliśmy, że nie będzie więcej kadrów z łóżeczka, reszta tylko w ramionach rodziców. Przytulając się, karmiąc, nosząc. Bez pośpiechu.
Instruowałam rodziców jak układać malucha, ale nie dotykałam go prawie wcale. Bo ten noworodek był tak bardzo ich, że nie śmiałam ingerować.
Jak to zwykle bywa – porozmawialiśmy o tym jak poród, jak starszak. Powspominaliśmy też nasze pierwsze spotkanie. Bym po chwili, z aparatem pełnym miłości, wróciła do domu.